Dlaczego ja, Panie?

Dlaczego ja, Panie?

„To tak, jakby ktoś uciekał przed lwem, a spotyka niedźwiedzia; a gdy wejdzie do domu i opiera rękę o ścianę, ukąsi go wąż” (Am. 5, 19)

Gdy razem z Sally zdecydowaliśmy się przeprowadzić do North Fork, nie było zagrożenia, że to pustkowie stanie się kiedyś podobne do tych, które przyciągają sławnych i bogatych w Vail w stanie Kolorado czy w Jackson Hole w stanie Wyoming. W rzeczy samej, gdy poszukiwaliśmy odpowiedniego miejsca, tylko jedna prywatna działka była dostępna, ale została sprzedana, zanim nawet złożyłem ofertę. Byłem zniechęcony, gdyż znaleźliśmy wymarzoną dolinę, gdzie ponad wszystko chcieliśmy mieszkać, a nic nie mogliśmy kupić. Modliłem się, ale nie pojawiło się żadne cudowne rozwiązanie. Odniosłem wrażenie, że gdy pojadę w górę doliny, Bóg w jakiś sposób mnie poprowadzi. Gdy jechałem po strasznych wertepach North Fork Road, poddałem się impulsowi i skręciłem w brudną dróżkę. Wydawało się, że jak wiele innych leśnych dróżek prowadzi w głąb lasu i gdzieś tam się kończy. Droga miała jednak swój koniec przy małym drewnianym domu, samotnie stojącym na poletku chwastów. Kosił je kosiarką potężnie zbudowany mężczyzna z wydatnym torsem, który wyglądał, jakby był częścią pustkowia. Nie był już młody.
„Cóż – pomyślałem – nie mam nic do stracenia. Powiem, czego szukam, i zobaczę, czy o czymś nie słyszał”. Tak więc przedstawiłem mu całą listę wymagań – odpowiedni areał, całoroczny dostęp do wody, źródło grawitacyjne, wspomniałem o takiej działce, która graniczyłaby z ziemią należącą do rządu, aby jej sąsiedztwo nigdy nie zostało zabudowane. Gdy skończyłem, on spokojnie powiedział:
– Sprzedam ci mój dom.
– Co? – wyjąkałem, a on zaczął mi pokazywać dom, który okazał się małą, niedbale wykończoną drewnianą chatą, stojącą na powierzchni dwustu arów.
„Wprawdzie to nie tyle arów, ile byśmy chcieli, a i dom jest mały, lecz uznajmy to za eksperyment. Spokojnie moglibyśmy pomieszkać w tym domu przynajmniej kilka lat” – rozmyślałem, gdy właściciel dalej oprowadzał mnie po posesji. Pokazał mi strumień i podając szklankę, zachęcił, bym się z niej napił. Nawet ja wiedziałem, że nie powinno się pić z niewiadomych źródeł i dlatego zawahałem się, więc on złapał szklankę i wypił do dna. Potem pokazał mi cysternę w korycie strumienia, która zaopatrywała dom w wodę. Nie wiem, czy jego zamiarem było zrobić na mnie wrażenie, ale powoli mu się to udawało. Spytałem o źródło, a on pokazał mi źródło, dające prawie czterysta litrów wody na minutę. Znajdowało się odpowiednio wysoko, by zrobić z niego napęd grawitacyjny.
– Ja się tym nigdy nie interesowałem – powiedział – ale każdy mógłby to sklecić.
Nieruchomość sąsiadowała z terenami Służby Leśnej, a do tego miała panoramiczne widoki na góry zarówno kanadyjskie, jak i te znajdujące się w Parku Narodowym Glacier. Byłem tak pełen entuzjazmu, że mężczyzna sprzedał mi swoje gospodarstwo, chociaż miało tylko dwieście arów, a on nie opuścił ceny o tyle, na ile liczyłem – a przecież jestem dobrym negocjatorem. Chata była prawdopodobnie najgorszym interesem, jaki zrobiłem w życiu. Jednak podpisałem umowę, bo przecież nie da się wycenić własnych marzeń.

Nastał październik, gdy moja rodzina w końcu mogła się wprowadzić do chaty i zacząć nowe życie w Montanie, a październik w tym wysokogórskim rejonie to początek zimy. Nie mieliśmy wystarczających zapasów drzewa, by ogrzać dom przez cały sezon. Zdaje mi się, że większość tej pierwszej zimy spędziłem na zewnątrz, brnąc w śniegu, by znaleźć więcej drewna. Szkoda, że mnie nie widziałeś! Starannie wybierałem i ścinałem drzewo. Z trzaskiem pękały ostatnie trzymające je prosto włókna i stary gigant zwyczajnie znikał. Pamiętam, że patrzyłem w zachwycie, jak cały pień zanurzał się w metrowej pokrywie śniegu. Dosłownie musiałem odkopywać drzewo, zanim w ogóle mogłem przyłożyć piłę na tyle nisko, by pociąć pień na kawałki. Potem trzeba było jakoś wydobyć kloce z wgłębienia, które powstało, gdy drzewo upadło, i wtoczyć je na sanki, a następnie związać, bym mógł przyholować ciężar do domu skuterem śnieżnym. Za każdym razem mogłem wieźć nie więcej jak trzy duże kawałki, ale trudno nawet opisać związane z tym problemy.
Gdy tak toczyłem ciężkie kloce w stronę sanek, zbierały po drodze tyle śniegu, że wyglądało raczej, jakbym miał zamiar lepić bałwana, niż układać stos drewna. Śnieg przylepiał się do kłód, co dodawało im takiej wagi, że ledwo mogłem je toczyć. Gdy już dotarłem do sanek, musiałem każdą oskrobać ze śniegu. Pomimo trudu, jaki mi to sprawiło, wracałem do domu z uśmiechem, ciągnąc mój pierwszy ładunek drewna.
Niestety, chwila triumfu nie trwała długo, bo odkryłem, że miejsce, z którego brałem drzewo, znajdowało się powyżej mojego domu, więc trzeba było teraz ciągnąć ładunek w dół po stromym nachyleniu. „Bam!” Ciężkie kloce uderzyły z hukiem w tył skutera, rzucając mnie na bok jak podczas jakichś dziwnych zawodów w niszczeniu. Uderzenie sprawiło, że ładunek stracił swój impet i cofnął się trochę. Rzuciłem okiem za siebie i zobaczyłem, że ponownie nabiera rozpędu. Przejechałem zaledwie kilka metrów, kiedy znów zostałem przyparty do lewej strony tak mocno, że prawie straciłem panowanie nad pojazdem. Gdy siły skutera i ładunku oddziaływały na siebie, czułem się jak na zajęciach z fizyki stosowanej.

Moja droga do domu była serią zakrętów w kształcie litery „S”, za każdym razem tył sań zarzucało to w lewo, to w prawo. Po kilku kursach wzór na drodze był tak wyrobiony, a metrowa warstwa śniegu tak ubita, że jadąc tą koleiną, czułem się, jakbym kierował gokartem na torze bobslejowym – a za każdym razem zjeżdżałem coraz szybciej! Jednak miało to jedną zaletę. W ten sposób powstał wspaniały tor saneczkowy dla dzieciaków, choć mogły używać tylko jego dolnej części – zjeżdżanie z samej góry byłoby zbyt niebezpieczne!
Za najbliższych sąsiadów mieliśmy rodzinę Bernhardtów. Pan Bernhardt mieszkał w górach od wielu lat, robiąc wszystko, co mógł, by przeżyć. Jego trzej synowie byli młodymi mężczyznami, i razem założyli firmę budowlaną, która wybudowała wiele pięknych domów w tej dolinie. Dopiero co opuściłem miasto, miałem mnóstwo pytań i musiałem je komuś zadać. Więc jeśli nie rozumiałem działania instalacji wodociągowej, pytałem o nią Bernhardtów. Gdy jakaś naprawa wymagała użycia nietypowego narzędzia, już leciałem do Bernhardtów. Ciężko mi to teraz przyznać, ale Bernhardtowie uważali, że od wielu lat nie spotkali w North Fork bardziej beznadziejnego, tępego i naiwnego człowieka. Zawsze okazywali mi pomoc, ale wśród mieszkańców doliny panuje zawzięta niezależność, i w zgodzie z tą filozofią pomagali mi tylko tak, że dostarczali mi narzędzi i wiedzy, abym sam sobie pomógł.

Gdy tej zimy ścinałem drzewa, nie miałem jeszcze takiej zręczności jak dzisiaj i ostrze mojej jedynej piły utknęło w sęku starego zmurszałego giganta. Nie chciałem jednak iść do Bernhardtów po pomoc, bo stroili sobie ze mnie żarty i dokuczali, mówiąc, jakim jestem głupim mieszczuchem i zawsze, gdy opuszczałem ich dom, czułem, że ubyło mi jakieś piętnaście centymetrów wzrostu. Powiem ci, czułem się naprawdę źle, gdy tak raniono moją dumę. Więc sam spróbowałem wyciągnąć ostrze za pomocą klinów, ale to było tak wielkie drzewo, że nawet klin nie mógł poruszyć jego pnia i po wielu nieudanych próbach zdałem sobie sprawę, że czas udać się po raz kolejny do Bernhardtów.
Gdy przedzierałem się przez śnieg do ich domu, nie mogłem przestać myśleć o mych wcześniejszych wizytach i o tym, co przyniesie mi ta. Zima w North Fork jest okresem, gdy mieszkańcy siedzą wokół stołu przy piecu, opowiadają historie i dzielą się plotkami, oczekując w ten sposób końca długiej, ostrej pory. Nie chciałem tego przyznać, ale wiedziałem, że wiele plotek tej zimy krążyło na temat mojej rodziny. Wydawało się, że każdy stawia zakłady, jakie mamy szanse przetrwania tutaj, i większość ludzi nie dawała nam więcej niż rok.
– Wejdź, Jim – usłyszałem z wnętrza domu głos, zanim jeszcze wyciągnąłem rękę, by zapukać.
Wszedłem i zobaczyłem wszystkich czterech mężczyzn siedzących za stołem, za nimi trzaskał ogień w piecu. Przywitaliśmy się, a oni zachichotali, gdy Bob zapytał:
– Więc co się zepsuło tym razem?
– No cóż – powiedziałem, próbując nadać swemu głosowi swobodny ton. – Czy kiedykolwiek zakleszczyło ci się ostrze piły? – Wybuchł śmiech jak z dna wulkanu.
– Czy kiedykolwiek słyszałeś o klinach, chłopcze z miasta? – usłyszałem pierwszą uwagę okraszoną salwami śmiechu. Też próbowałem się uśmiechnąć, ale moja wesołość była wymuszona.
– Tak, słyszałem o klinach gdzieś, kiedyś i nawet próbowałem ich użyć, by uwolnić ostrze, ale to drzewo jest po prostu zbyt duże. Chciałbym pożyczyć od was piłę, żeby uwolnić moją.
Bob z chęcią pożyczył mi swoją piłę, ale Walter rzucił na odchodne:
– Przyjdzie tu za godzinę, gdy twoja piła też utknie w pniu.
Wracałem do drzewa, wiedząc, iż ta historia będzie krążyła po dolinie i zostanie tak przerysowana, że gdy usłyszy ją ostatnia osoba, dowie się, jak to wbiłem pół tuzina ostrzy w biedne, stare drzewo, a kliny sterczały z każdej szczeliny. Prawda jest taka, że piłę uwolniłem w kilka minut, ale to nigdy nie znajdzie się na liście lokalnych plotek.

Gdy sprzedaliśmy dom w Wisconsin, wydaliśmy prawie wszystkie pieniądze, by kupić ziemię i się na niej osiedlić. Przeprowadziliśmy się na odludzie, ale ta zmiana miała swoją cenę, bo dysponowaliśmy kwotą tylko sześciu tysięcy dolarów na rok, a planowaliśmy tak żyć przez trzy lata. To było wszystko, co mieliśmy, by zacząć nasz eksperyment na pustkowiu, i od początku był to eksperyment pełen problemów i udręk o wiele bardziej pospolitych i gorszych od tych, których wcześniej doświadczałem. Mieliśmy prostą chatę i używaną furgonetkę. Od początku pojawiły się nieprzewidziane problemy. Furgonetka się zepsuła, butla z propanem była nieszczelna i straciliśmy cały gaz zaraz po napełnieniu pojemnika. Ta zima była ostra, a strumień, z którego braliśmy wodę, zaczął zamarzać. To wymusiło kolejną wyprawę do Bernhardtów. Dali mi kilka bel siana, bym zapewnił strumieniowi izolację, ale i tak zamarzał. Rozpoczął się mój heroiczny, przegrany bój z lodem. Wychodziłem, by go rozbić, lecz wkrótce znowu musiałem robić to samo. W końcu byłem zmuszony wstawać co godzinę w nocy i schodzić po ciemku w dół po zaśnieżonym wzgórzu (a wciąż bałem się ciemności), by wyrąbywać w strumieniu mały kanał i próbować skłonić wodę, aby wpłynęła do naszej cysterny. Jednak na nic się to zdało i teraz musiałem chodzić przynajmniej raz dziennie do Bernhardtów, by u nich nabrać wody.
Gdy w końcu uporałem się z tym problemem, wziąłem się do poważnego ulepszania naszego domu, a konkretnie do opracowania i budowy systemu ciepłej wody. Muszę przyznać, że nigdy nie miałem do czynienia z hydrauliką, ale widziałem w książkach schematy przedstawiające działanie takich systemów. Kupiłem więc odpowiedni typ miedzianych rurek i zabrałem się do pracy. Naczelną zasadą owych projektów jest prostota. System konwekcyjny działa tak, że zbiornik z gorącą wodą podaje ją z dołu wprost do kuchennego pieca i poziom wody podnosi się podczas ogrzewania. Gorąca woda powraca przez rurociąg do górnej części zbiornika i, czary mary, masz ją w domu. W praktyce system jest trochę bardziej skomplikowany i wymaga szczególnego typu odpowietrznika, który zabezpieczyłby instalację wodno–grzewczą przed negatywnymi skutkami nadciśnienia i podciśnienia.
Pracowałem nad moim projektem i późnym wieczorem złożyłem wszystkie części. Byłem podekscytowany i z niecierpliwością włączyłem wodę. Czy wyobrażasz sobie, co czułem? Spełnienie oraz duma z wynalazczości i samodzielności przepełniały me serce! No cóż, rezultat był raczej marny. Zespawałem trzynaście rurek i dwanaście z nich przeciekało! Zawsze walczyłem ze swym porywczym charakterem, ujawniającym się, gdy sprawy nie szły po mojej myśli, a to była próba, której nie wytrzymałby najbardziej opanowany człowiek.
– Wyłącz wodę! Wyłącz wodę! – krzyczałem do Sally, jakby to była jej wina.
Potem obejrzałem przeciekające złączenia i kałuże na podłodze. Choć był już późny wieczór, Sally powiedziała:
– Dlaczego nie pójdziesz porozmawiać z Bernhardtami, kochanie?
Kilka minut później znalazłem się w ich gościnnym domu, i wyjaśniłem problem wśród salw śmiechu.
– Przestańcie, chłopcy – powiedziałem. – Powiedzcie mi lepiej, co zrobiłem nie tak? Gdzie popełniłem błąd?
– Przeprowadzka do North Fork! To był właśnie twój błąd! – krzyknął Walter, śmiejąc się tak głośno, że po policzkach leciały mu łzy. Kiedy się uciszyli, Bob powiedział:
– Opowiedz nam, co zrobiłeś.
Więc zacząłem opowiadać.
– Wymierzyłem i przyciąłem rurki – oni kiwnęli głowami – potem je oczyściłem i wyszlifowałem papierem ściernym – wciąż kiwali głowami – a następnie ogrzałem złączenia palnikiem i zespawałem je.
– Użyłeś topnika, zanim je zespawałeś, prawda, Jim? – wtrąciła się żona Boba.
– Topnik, co to jest topnik? – spytałem bezradnie, dając im kolejny powód do radości.
Gdy odzyskali mowę, wyjaśnili, że topnik pomaga usunąć zanieczyszczenia w lucie. Powiedzieli, jak mam go użyć, i dali mi trochę, abym mógł zacząć. Ale zrobiło się już późno i Sally zasugerowała, byśmy położyli się spać. Lecz to, że nie byłem dość bystry, aby zainstalować odpowietrzniki, które izolowałyby system ciepłej wody, oznaczało, że póki ten problem nie zostanie rozwiązany, nie będziemy mieć w ogóle wody. Czułem determinację, by zająć się całą sprawą jeszcze tej samej nocy albo paść trupem, a biorąc pod uwagę moje ostatnie doświadczenia, to drugie było bardziej prawdopodobne.

Dwie godziny zabrało mi rozmontowanie i ponowne oczyszczanie oraz ocynowanie złączeń i o wpół do pierwszej w nocy włączyliśmy wodę. Tym razem były tylko dwa przecieki. Nie widziałem sensu, aby dla dwóch dziur tracić czas na drenowanie całego systemu, więc wziąłem palnik i zacząłem ogrzewać złączenia. Z jakiegoś powodu nie mogłem ich ogrzać na tyle, by cyna była płynna. To mnie bardzo dziwiło, gdyż teraz już znałem odpowiednią technikę i doświadczyłem pewnych sukcesów. Pomyślałem, że może po prostu potrzebuję więcej ciepła, więc wziąłem drugi palnik i kazałem Sally trzymać go z jednej strony, podczas gdy ja trzymałem swój z drugiej. Niestety, nic to nie dało i zacząłem się irytować. „To wszystko wina Sally – pomyślałem. – Ona po prostu albo nie trzyma palnika we właściwym miejscu, albo trzyma go w niewłaściwy sposób”. O drugiej nad ranem poddałem się i poszedłem spać.
Następnego poranka w porze śniadania całkowicie pokonany poszedłem do Bernhardtów. Opowiedziałem im, co się stało, a oni zarechotali.
– Nie wydrenowałeś systemu, co nie, Jim?
– Nie, a powinienem?
Usłyszałem wybuch jeszcze większej wesołości i dojrzałem współczujące uśmiechy, jak gdyby żal im było takiego głupca jak ja. W końcu wyjaśnili mi, że woda w rurach odprowadzała ciepło pochodzące z palników natychmiast, gdy ja je dostarczałem. Szedłem z powrotem do domu i rozmyślałem, czego Bóg próbował mnie nauczyć. Jedna lekcja wydała mi się jasna. Bóg użył tych okoliczności, by obudzić we mnie pokorę i być może w tym względzie, jeśli nie w innych, moje doświadczenie miało jakiś sens.
Innym domowym projektem, jakim musiałem się zająć, było założenie obwodu elektrycznego w pokoju używanym zarówno jako spiżarnia, jak i składzik. Naczytałem się na temat takiego projektu w poradnikach typu „zrób to sam”, ale jedna kwestia uszła mej uwagi – po czym poznać, kiedy na pewno kable są pod napięciem, a kiedy nie. Zdecydowałem się poradzić Bernhardtów.
– Oto co robisz, Jim – wyjaśnił Walter. – Ślinisz palce, łapiesz kabel i jeśli czujesz, że cię kopie, to wiesz już, że jest pod napięciem!

To mnie nie zadowalało, ale ci goście byli budowlańcami, musieli zatem znać się na rzeczy. Zacząłem więc pracę i za każdym razem, gdy dotykałem kabla, rodzina słyszała mój krzyk: „Auć! Auć! Auć!”. Cały czas zastanawiałem się, jak twardymi ludźmi muszą być elektrycy, jeśli codziennie przez to przechodzą. Dopiero później, gdy podzieliłem się refleksją o elektrykach z Bernhardtami i usłyszałem ich histeryczny śmiech, zrozumiałem, że mnie nabrali.
Pragnąłbym, by na tym skończyły się moje problemy, ale tak się nie stało. Ponieważ nie chcieliśmy wydawać naszych ograniczonych środków na rzeczy typu naprawa samochodu (chyba że byłoby to absolutnie konieczne), jeździliśmy na tak zużytych oponach, że pewnego razu wszystkie cztery siadły na pełnej dziur żwirowej drodze North Fork. To musi być rekord – złapać cztery gumy za jednym razem! Jestem pewien, że nikt mi nie dorówna!
Nasz stary dodge był, zdaje się, przeznaczony do tego, by dawać nam wiele lekcji. Kiedyś zimą podróżowałem z dala od domu, a moją żonę zaskoczyły świeże opady śniegu. Postanowiła użyć pługu do odśnieżenia podjazdu, ale furgonetka nie chciała ruszyć z żadnego biegu. Sally próbowała założyć na koła łańcuchy, ale nie wiedziała jak. Spojrzała na samochód – jedno koło było ponad ziemią i powoli się poruszało, podczas gdy inne stały nieruchomo. Wzięła dmuchawę do śniegu, ale ta przestała pracować wkrótce po włączeniu.
W końcu postanowiła poszukać pomocy u sąsiadów, niestety, nikogo nie zastała. W dolinie nie było telefonów. Do dziś nie ma tu tradycyjnej linii telefonicznej, a to działo w czasach, gdy jeszcze nie istniały komórki czy radiofony, i jedyną łączność ze światem zapewniało CB radio. Sally włączyła je i poprosiła o pomoc znajomego z odległej części doliny, ale nie mógł przybyć wcześniej niż za parę dni. To było trudne dla Sally, która zawsze koncentruje się na zadaniu i tym razem też chciała szybko załatwić tę sprawę. Pan jednak miał dla niej w zamyśle coś lepszego niż mocowanie się z pługiem pod moją nieobecność.

Bóg przemówił do niej w myślach i wytłumaczył, że chce, by skupiła się na dzieciach i zapomniała o tym, co dzieje się na zewnątrz. Sally od razu przestała martwić się podjazdem i zabrała się z entuzjazmem do umilania czasu dzieciom. Późnym wieczorem odezwał się mężczyzna, który wcześniej nie mógł tak szybko pomóc, a teraz był już w drodze. Usunął pługiem śnieg z podjazdu i spojrzał na furgonetkę. Wszystkie cztery koła dotykały ziemi. Wsiadł do auta, wrzucił bieg – skrzynia działała bez zarzutu. Odjechał tej nocy, myśląc zapewne, że Sally to wariatka, której zdawało się, że coś jest nie tak. Ale naprawdę coś było nie tak aż do momentu, gdy pozwoliła Bogu, by poprowadził jej myśli i dodał energii! Wtedy ciężarówka zapaliła. Nieważne, że inni mogli nie rozumieć walki, jaką toczyła. Oboje przekonaliśmy się niejeden raz, że czasem stajemy się głupcami dla innych, by zyskać Królestwo Niebieskie.

Nienawidziłem tych problemów, ponieważ zmuszały mnie, bym spojrzał na siebie z zupełnie innej perspektywy. Sally kochała nasze życie nie dlatego, że było łatwe, ale dlatego, że spełniło się coś, czego zawsze pragnęła – miała mnie w domu. Chłopcy cieszyli się, że po raz pierwszy w życiu skupiali na sobie uwagę obojga rodziców. A ja nie mogę powiedzieć, że za tym przepadałem. Życie na pustkowiu było po prostu jedną ciężką pracą, i choć lubiłem wysiłek fizyczny, ciągle trapiła mnie myśl, że mamy bardzo ograniczone środki finansowe.

Aby oszczędzić pieniądze, jadaliśmy proste potrawy. Wybieraliśmy tańsze jedzenie i zawsze sami wszystko przygotowywaliśmy. Nie tęskniliśmy za wymyślnymi daniami, mieliśmy dość jedzenia, więc nie zastanawialiśmy się, jak inni mogą odebrać nasz styl życia aż do momentu, gdy hrabstwo przysłało nam duży zapas żywności. Usłyszeli po prostu o tej biednej, głodującej rodzinie w górze doliny. Kategorycznie odmówiłem przyjęcia daru. W końcu poprzedniego roku osiągnąłem dochód sześciocyfrowy. Próbowałem im wyjaśnić, że jedliśmy w ten sposób z własnego wyboru i zamierzone ubóstwo, dzięki któremu można zyskać coś, czego się pragnie, bardzo się różni od ubóstwa niezamierzonego.

Były też naprawy domowe. Pewnego razu poczuliśmy okropny zapach i odkryliśmy, że rura odprowadzająca ściek rozłączyła się gdzieś pomiędzy ścianą kuchni i łazienki. Małe dojście z tyłu szafki kuchennej pozwalało, by instalacja wodno–kanalizacyjna była odsłonięta, ale nie zaprojektowano tego dla rury kanalizacyjnej. Wszedłem do środka szafki, próbując w bardzo niewygodnej, poskręcanej pozycji przyjrzeć się rurze. Chciałem znaleźć miejsce, gdzie się rozłączyła, i zorientować się, co dokładnie muszę zrobić, by to naprawić. Jeśli chcesz poczuć, przez co przechodziłem, spróbuj uklęknąć na twardej podłodze i czołgaj się na brzuchu pod stolikiem, aż będziesz miał nad głową jego środek. Następnie wsadź głowę do wiaderka wraz z ramieniem, bo przecież jakoś musisz trzymać latarkę, a potem obracaj głową od dziewięćdziesięciu do stu osiemdziesięciu stopni, koordynując ruch z ręką trzymającą latarkę. Dzielę się tym nie po to, by się tłumaczyć czy wzbudzić twoje współczucie, ale by pomóc ci zrozumieć, jaką bitwę toczymy z naszym uporem.

Podczas gdy męczyłem się tam w dole, Sally, która wie o hydraulice jeszcze mniej niż ja, podsuwała różne pomysły – uważała je zapewne za wyśmienite. Mnie, gnieżdżącemu się pod zlewem w szafce, wydawały się najbardziej bezużytecznymi propozycjami, jakie kiedykolwiek słyszałem. Słuchałem Sally najuważniej, jak mogłem, po czym poczekałem, aż się na chwilę uciszy, i wtedy krzyknąłem z mej głębokiej, ciemnej dziury: „Sally, nie teraz!”.

Zdarzały się też konflikty bardziej osobistej natury. Być może najbardziej uciążliwą rzeczą dla mojej żony było to, że nie mogła już kupować na przykład papierowych ręczników czy chusteczek do twarzy. W rzeczywistości tych kilka centów zaoszczędzonych na owych produktach pewnie nie zmieniłoby naszego ekonomicznego statusu tak drastycznie i teraz to widzę. Ale musisz pamiętać, że samo pragnienie chrześcijańskiego życia nie oznaczało jeszcze, iż już je osiągnęliśmy. Byłem wciąż tym samym pozbawionym sentymentów Niemcem, który żył w mieście, więc mój tradycyjny sposób radzenia sobie z problemami polegał na tym, że wygłaszałem swoją opinię, a następnie jak dyktator ucinałem wszelką dyskusję na temat powziętej decyzji. Ponieważ nie chciałem słuchać argumentów Sally, zaczęła dusić w sobie uczucia, bo wiedziała, że nie może ich otwarcie wyrazić. Dla niej brak papierowych ręczników czy chustek był wyrazem najwyższej deprywacji, i nieustannie płakała, gdy powtarzałem, że po prostu nie możemy sobie na to pozwolić.

Problem z uczuciami polega na tym, że można je tłumić tylko do pewnego momentu. Co pewien czas emocje Sally eksplodowały i wtedy miałem przed sobą zupełnie inną kobietę. Nie wiedziałem, jak rozwiązać nasze konflikty! Próbowałem troszczyć się o potrzeby rodziny najlepiej, jak umiałem, i było to dobre, ale na tym etapie życia nie znałem się zupełnie na troszczeniu się o bardziej osobiste, emocjonalne potrzeby mojej żony. Jedną z najtrudniejszych rzeczy, z jakimi musiałem się borykać na pustkowiu, było moje „ego”, i minęło kilka miesięcy, zanim spostrzegłem, że Sally czy chłopcy nie stanowili głównego problemu w naszym domu, tylko ja sam. Trudno wyrazić, jak bolesne było dla mnie to odkrycie. Poproś, abym siłował się z grizzly, ale nie każ mi zmierzyć się ze sobą samym!
Kiedy Sally tu zamieszkała, musiała stawić czoła wielu lękom. Bała się niedźwiedzi, ale także mniejszych zwierząt, na przykład myszy. Tak się złożyło, że w naszej chacie zalęgło się kilka myszy i zanim się ich pozbyliśmy, zdarzało się, że mysz sporadycznie wychodziła spod kuchennej szafki i przelatywała po podłodze, a Sally krzyczała: „A! Mysz! Jim!”.
Kieruję się logiką, i nie chciałem przerywać swojej pracy, by przybyć jej z odsieczą. Co więcej, wiedziałem, że mysz zniknie, nim się pojawię, więc zaproponowałem Sally rozwiązanie: „Po prostu na nią nadepnij!”.

Biedna Sally! Ona, piękna panna w tarapatach, pragnęła zostać ocalona przez rycerza na białym koniu, a co miała? Mnie za męża! Spoglądała na mysz, która rozpaczliwie szukała kryjówki, i mimo że była szybka, od schronienia dzieliło ją jeszcze kilka kroków. Gorsza jednak dla Sally była myśl, że swoją stopą mogłaby zmiażdżyć drobne kosteczki zwierzątka. Moja żona nigdy nie nadepnęła na żadną mysz, a w końcu i tak wszystkie złapaliśmy.
Widzisz, często myślimy, że jeśli uczestniczymy w Bożym planie, to nie będziemy napotykać problemów. Prawda jest taka, że gdy naprawdę szczerze szuka się Boga, wówczas diabeł budzi się, by walczyć z powodu straty swoich poddanych, i wtedy przychodzą próby i problemy. My otoczyliśmy się co prawda ciszą, ale zgubiliśmy się w powodzi prób. Jednak dzięki temu zbliżyliśmy się do siebie jak nigdy wcześniej. Sprowadziło nas to na kolana. Odkryliśmy, że Boże obietnice są prawdziwe i że On nigdy nas nie opuści ani nie zostawi. Poznaliśmy, że przeciwieństwa losu sprzyjają budowie charakteru i wiążą ze sobą serca. Ponieważ nie było zewnętrznych „rozpraszaczy uwagi” – żadnej pracy w jakieś firmie, telewizji czy telefonu – nie było niczego poza naszą rodziną, przyrodą i Bogiem – znaleźliśmy nową wolność, by kochać, śmiać się i pracować. Po raz pierwszy w życiu staliśmy się prawdziwą rodziną.

W przeszłości udawało mi się spędzić kilka minut z moimi chłopcami, brałem ich na chwilę na kolana i pozwalałem prowadzić traktor do koszenia trawy. Teraz mogliśmy razem jeździć pługiem do ogarniania śniegu, a oni uwielbiali czas spędzany z ojcem. Tej pierwszej zimy bawiliśmy się jak nowo poznani przyjaciele. Budowaliśmy domki ze śniegu i forty śnieżne, rzucaliśmy się śnieżkami. Całymi godzinami jeździliśmy na sankach, a gdy zrobiło się za zimno, w końcu wracaliśmy, by wyschnąć przy kominku i grać w gry planszowe. Czytaliśmy wiele historii i po prostu cieszyliśmy się możliwością spędzenia ze sobą czasu. Byliśmy prawdziwą „Rodziną z pustkowia”. Zostawiliśmy jedno życie i powoli zakochiwaliśmy się na nowo w sobie i w nowym życiu.
Pozwól, że zdradzę ci pewną tajemnicę. Nie musisz rezygnować z dotychczasowego życia i mieszkać na odludziu, by zyskać wiele czy większość z tego, co myśmy zyskali. Nasza rodzina zdecydowała się akurat na taki krok. Wybraliśmy to, co było najważniejsze dla nas, i określiliśmy nasze cele życiowe, ale wyborów można dokonać wszędzie. Czy łatwiej to zrobić na pustkowiu? Myślę, że tak, ale niektórzy ludzie zmienili swoje priorytety bez zmiany miejsca zamieszkania czy zatrudnienia. Najistotniejsze jest określenie głównych celów w życiu, a następnie opracowanie planu, jak owe cele osiągnąć.

Większość z nas przygląda się swoim aktualnym zajęciom i zastanawia się, jak wcisnąć w napięty grafik coś, czego naprawdę pragniemy, chodzi o czas spędzony z rodziną, czas dla małżeństwa i prawdziwego duchowego rozwoju. Jeśli spróbujemy robić wszystko, czym zajmujemy się teraz, i dodamy do tego jeszcze jakieś nowe priorytety, to się nigdy nie sprawdzi. Nigdy nikomu się nie sprawdziło. Poważnie się zastanów, czego naprawdę szukasz w życiu. Jeśli jesteś podobny do nas, szybko uznasz, że rzeczy materialne, pieniądze, wpływy czy władza nie przynoszą trwałego szczęścia. Tylko pokój z Bogiem i pełne miłości relacje rodzinne mogą dać prawdziwe szczęście. Od ciebie zależy, czy prowadzony przez Ducha Świętego zdecydujesz, z czego trzeba zrezygnować, by osiągnąć szczęście.

Ja i moja rodzina nie stanowimy wzorca do naśladowania. To Bóg powinien być najważniejszy w twoim życiu. Dzieląc się naszą nietypową historią o podążaniu za głosem Pana, mamy nadzieję zainspirować innych do szukania Bożej woli w życiu i do tego, by zastanowili się nad sposobem, w jaki Bóg pragnie wprowadzić ich w ciszę. Miliony ludzi pragną być bliżej Niego i przyrody. Zwróć uwagę na niezliczone tłumy mieszkańców miast, przyjeżdżające biwakować w parkach narodowych i na innych dzikich terenach. Tęsknią za tym, by choć przez kilka chwil posmakować życia, które myśmy wybrali i które tak dobrze wpłynęło na całą naszą rodzinę. Niektórzy mogą czuć potrzebę zamieszkania na odludziu, inni na wsi, a jeszcze inni będą chcieli zostać w mieście lub na jego obrzeżach. Każdy z tych wyborów niesie ze sobą jakieś korzyści i jakieś problemy. Mieszkanie na wsi nie stanowi lekarstwa na wszystkie kłopoty. To po prostu jedno z wielu narzędzi, jakich używa Bóg, aby pomóc nam się odszukać. Nie każdy ma powołanie do życia na odludziu, ale każdy jest powołany, by znaleźć doświadczenie na pustkowiu z Bogiem podobne do tego, jakie myśmy odnaleźli tu w górach.

Jeśli pragniesz powrotu do ciszy i doświadczenia Boga w nowy, osobisty sposób, pamiętaj, że niezależnie od tego, czy jesteś na pustkowiu, czy w mieście, szatan uczyni wszystko, co w jego mocy, by sprowadzić na ciebie kłopoty i trudności. Wie, że straci władzę nad tobą, jeśli zanurzasz się w ciszy przepełnionej Bożą obecnością i nie przestajesz szukać Zbawiciela dla siebie i swej rodziny. Nie zniechęcaj się, że sprawy nie idą po twojej myśli, bo gdy wróg naszej duszy budzi się do walki przeciw nam, możemy być pewni, że idziemy dobrą drogą, a to wyzwala w nim strach. Szukaj Boga, póki jeszcze da się znaleźć. Pozwól Mu, by związał twą rodzinę więzami miłości i sympatii. Nazwij ataki królestwa ciemności tym, czym są – przyznaniem, że naprawdę nie jesteś daleko od Królestwa Bożego. Powróć do ciszy i znajdź odpoczynek dla swej duszy.

Artykuł jest czwartym rozdziałem książki „Powrót do ciszy” wydanej przez Orion plus.

Autor: Jim Hohnberger
Tłumaczenie: Barbara Willak

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*
*